Wielu z nas wchodzi w praktykę medytacji z emocjonalnymi ranami, które nosimy ze sobą już od dzieciństwa. Nawet jeśli jesteśmy ich świadomi, to nasze wewnętrzne mechanizmy kontroli są tak niezawodne i szybkie, że jako dorośli ludzie całkiem dobrze chronimy się przed ponownym przeżyciem wczesnodziecięcych traum. 

Część z nas chowa się w roli bohatera, osoby bardzo samodzielnej i nie potrzebującej nikogo, inni w roli opiekuna dbającego o wszystko i wszystkich dookoła  lub też na odwrót – ofiary, która wciąż potrzebuje innych. Uciekamy też w nałogi, pracę, związki, podróże, sport. Łapiemy się wszystkiego, co choć na chwilę daje nam wytchnienie od trudnych emocji i bolesnych doświadczeń, czyli tak naprawdę od nas samych.

I tak właśnie zabezpieczeni, wręcz opancerzeni, szukamy dla siebie ratunku w tzw. duchowości, oparcia w praktyce czy u konkretnego nauczyciela.

Tacy z jednej strony poranieni, z drugiej otorbieni w bólu i na zewnątrz całkiem dobrze sobie radzący, wchodzimy w medytację. Oczywiście z różnymi świadomymi motywacjami, czyli: żeby lepiej radzić sobie z emocjami, aby się rozwijać, być spokojniejszym, z ciekawości, bo taka teraz moda, itd.

Tymczasem to właśnie medytacja, u podstawy której leży uważność, prędzej czy później oderwie nam z rany plaster i skonfrontuje z bólem, który nosimy w sobie.

Nawet jeśli z poziomu intelektu mamy tego świadomość, to kiedy zbliżamy się do przysłowiowego progu, pojawia się opór. Niektórzy z nas będą sobie radzić całkiem nieźle przez kolejne lata praktyki i omijać niewygodne części siebie, inni stosunkowo szybko dotrą do zranień. 

Co nas w takim razie może czekać?

Żal, poczucie wstydu, zagrożenia, utrata kontroli, osamotnienie. Niby brzmi znajomo, ale w połączeniu z intensywną praktyką, odosobnieniami, na które nałożą się wewnętrzne przekonania że “przecież rozwijam się”, mogą być przyczyną dotkliwego cierpienia. Zwykle poprzedza to jakiś kryzys w praktyce, poczucie utknięcia w miejscu, opór, a nawet niezrozumiały dla nas lęk. 

Tak naprawdę póki nie zanurzymy się w praktykę głęboko, póki poza codziennym systematycznym siedzeniem, nie przeniknie ona naszej aktywności, do pracy, życia rodzinnego i osobistego, póty nie mamy świadomości jak wygląda naprawdę nasza pojemność na trudne emocje. Wcześniej możemy jedynie wróżyć i projektować różne scenariusze. Im jesteśmy w tym lepsi, silniejsi intelektualnie, tym dłużej uda nam się blokować czy wypierać to, co i tak chce dojść do głosu. “To” czyli trudne, bolesne emocje.

Nie ma sensu ukrywać, że każdy z nas ma taką część siebie, której się nieco wstydzi. Nieco lub nawet bardzo.

Pragnienia, fantazje, potrzeby, wspomnienia czy obawy, których nawet przed sobą samym nie chce wyciągnąć na światło dzienne. A co dopiero przed innymi. 

Nie tak rzadko kryzysy w praktyce, które zbiegają się z dotknięciem swoich ran, zdarzają się osobom praktykującym już dłużej i wtedy jest nam dodatkowo nieswoje przed innymi, że oto przeżywamy coś trudnego, że sypie się nasza tożsamość, że nie wiemy do końca jacy jesteśmy, albo ile “tego trudnego” jeszcze jest w nas. A przecież już tyle siedzimy, tak się staramy.

Medytacja uważności może doprowadzić nas do bardzo silnego wewnętrznego poczucia zagrożenia, utraty kontroli, bo dotykamy podstaw naszej tożsamości, a tam nie jest tylko różowo. Ktoś kiedyś świetnie to ujął: nasza tożsamość to jeden wielki mechanizm obronny.

Jeśli sami nie jesteśmy oswojeni z tą częścią siebie, możemy obawiać się, czy inni nas przyjmą takimi właśnie jakich siebie odkrywamy.

Co więcej, ze strachu przed poczuciem wstydu możemy chronić się nie tylko przed innymi, ale także przed samymi sobą.

I tutaj możliwy jest kolejny krok związany z tzw. akceptacją trudnych emocji. Jeśli praktykujemy już dłuższy czas i doświadczyliśmy, że pewne emocje mogą się przez nas przetaczać, ale nie zalewać nas, to przy wyjątkowo bolesnych uczuciach jest ryzyko, że odgradzamy się od nich właśnie tą słynną akceptacją, zamiast je po prostu przeżyć. Akceptacja stanie się naszą zapora, sposobem, aby nie poczuć tego, co trudne, a jednocześnie “zachować twarz” w praktyce. Zamiast po prostu przeżyć, czyli przyjąć i doświadczyć fizycznie. Zwykle bywa to bardzo nieprzyjemne i nasz wewnętrzny system będzie się przed tym bronił.

Dobrze ilustruje to porównanie świadomości do nieba, na którym tak wiele się przecież dzieje: czasami jest spokojne, czasami pełne chmur, ale rolą nieba nie jest pozbywanie się chmur, tylko stwarzanie im przestrzeni na pojawianie się i znikanie.

Tak samo z trudnymi emocjami u nas: umysł może pomieścić wszystko, a wszystko, co się w nim pojawia zniknie.

W praktyce chodzi więc o akceptację, która nie jest wypraszaniem trudnych emocji i myśli, ale właśnie robieniem miejsca na nie.

Podszyci wstydem, mający wyraźne poczucie utraty kontroli i z kiełkującą świadomością, że wolna wola jest dosłownie złudzeniem, robimy kolejny krok w praktyce. I nagle czujemy się osamotnieni. Nawet jeśli do tej pory głosiliśmy niezależność, pielęgnowaliśmy w sobie myśl, że z wszystkim sobie radzimy, czujemy pustkę wokół.

Medytacja uważności prowadzi nas bowiem do doświadczenia, że wszystko jest połączone, współtworzone, że nic nie istnieje samo z siebie, a jednocześnie nasz umysł nie jest w stanie w pełni tego zintegrować i balansujemy między poczuciem jedności a oddzielenia.

To zwykle powoduje cierpienie, póki nie złapiemy równowagi między byciem konkretną tożsamością z jasnymi i ciemnymi stronami, czyli po prostu z ludzką naturą, a byciem w pełni otwartym i współpołączonym z tym, co płynie chwila po chwili. Im więcej w nas traum i wypartych, za trudnych do przeżycia emocji, tym bardziej jesteśmy wewnętrznie pokawałkowani i tym trudniej nam te doświadczenia zintegrować.

Wspominałam kilka razy o utracie kontroli, o wewnętrznym przeświadczeniu, że tak naprawdę to moje życie nie trzyma się na niczym konkretnym, że ono “dzieje się”, ale nie ma tutaj niczego trwałego. Warto wspomnieć jeszcze o jednym ryzyku dotyczącym poczucia kontroli, a mianowicie o “poukładaniu” swojej praktyki, zrobieniu z niej kolejnego zadania do wykonania, czyli podzieleniu dnia na pory siedzenia, roku na odosobnienia, a to wszystko z wewnętrzną determinacją i intencją “teraz medytuję, teraz praktykuję”, a poza tymi porami czy okresami to …? Warto zwrócić uwagę, czemu służy nasz perfekcjonizm i zaangażowanie w praktykę, czy to aby nie kolejny element kontroli?

Unikanie przeżycia trudnych emocji, a nawet dotknięcia ich, zobaczenia czy aby na pewno są tak straszne jak zapisało się to w nas w dzieciństwie, puszczenia nad nimi kontroli jest powiązane z  bardzo silnymi mechanizmami. I oczywiście większość procesów unikania emocjonalnego dzieje się podprogowo.

Poranieni w dzieciństwie, umocnieni w traumie w życiu dorosłym zdajemy się na swój wewnętrzny system, który niezawodnie chroni nas przed “powtórką z rozrywki” i wybiera z pejzaża emocji te, które jesteśmy w stanie przyjąć, a te, na które nie mamy gotowości, spycha na bok.

Tylko, że to niczego nie rozwiązuje, bo energia tych stanów i tak się przez nas przetacza i w zależności od typu osobowości somatyzuje poprzez różnego rodzaju dolegliwości w ciele lub znajduje inne ujście. Ale wciąż jest w nas.

Kuszące jest tutaj wejście z tzw. obserwowaniem emocji, stanów które się w nas otwierają. Jest to częstą praktyką w mindfulness, ale już np. nie w zen. Jednak chętnie, nawet mimochodem, z tego korzystamy, bo daje nam złudne poczucie wolności, kontroli, możliwości oddalenia się na odpowiednią odległość od tego, co trudne i bolesne. I pilnowania, aby nie zabolało za bardzo. 

Jednak medytacja to nie kolejny sposób na likwidację bólu, przetrzymywanie trudnych emocji i doświadczeń w ciele, a wręcz przeciwnie, to praktyka intensywnego trwania z tym, co w nas poranione. 

Tylko czy to nadal jest atrakcyjne i jak się ma do motywacji, z jakimi wchodziliśmy w praktykę?

Kolejne pytanie, na które nie ma szybkiej odpowiedzi. Ona musi dosłownie dojrzeć w nas.

 

___________

Warsztat ZAOPIEKUJ SIĘ SOBĄ, czyli jak poznać i przyjąć siebie

  • rozwiniesz uważność i współczucia względem siebie
  • poznasz swoje emocjonalne potrzeby
  • zrobisz krok ku przyjęciu swoich emocjonalnych ran
  • doświadczysz współpołączenia z innymi
  • określisz swój tzw. życiowego kierunku na tym etapie życia

WROCŁAW -> szczegóły

WARSZAWA -> szczegóły

KRAKÓW -> szczegóły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Newsletter Fundacji Mądrość Wschodu i Zachodu

KORZYŚCI-  raz w miesiącu otrzymasz:
  • podsumowanie wpisów z Bloga (sfera umysłu, ciała i ducha)
  • aktualności dotyczące Fundacji Mądrość Wschodu i Zachodu
  • informacje na temat nowości w fundacyjnej Księgarni

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w rozumieniu rozporządzenia RODO z dnia 25 maja 2018 przez Polsko-Niemiecką Fundację Willigisa Jagera Mądrość Wschodu i Zachodu Wrocław, ul. E.Orzeszkowej 40/8 i oświadczam, że podanie przeze mnie danych osobowych jest dobrowolne i oraz że zostałem poinformowany o o prawie żądania dostępu do do moich danych osobowych, ich zmiany oraz usunięcie.