Zacznijmy od przybliżenia pojęcia zazen. Najprościej powiedzieć, że jest to pewnego rodzaj wgląd i zarazem – jest to ćwiczenie doświadczenia tego wglądu. Większości z nas, przyzwyczajonej do lineralnego postrzegania czasu, wydaje się to absurdem, czymś nielogicznym. Jednak jeśli będziemy pamiętali, że doświadczenie wglądu jest właśnie tym, czego doświadczył historyczny Budda, to spojrzymy na nie z zaciekawieniem.

 

Nie poszukujcie rzeczywistości.
Po prostu odłóżcie na bok swe opinie.
/Trzeci Patriarcha Zen/

 

Podobno Budda po przebudzeniu miał powiedział: to co ja zobaczyłem, to to, że nie ma ani „ja”, ani „dla mnie”, ani „mojego”. W tradycji hinduistycznej miało to niezwykle mocny przekaz, ponieważ oznaczało, że nie ma nikogo, kto miałby umrzeć i nikogo, kto miałby narodzić się ponownie. Dla nas, współcześnie żyjących i praktykujących zen, najważniejszym elementem tego doświadczenia, które nazwano także przebudzeniem, jest fakt, że nie ma nic – absolutnie nic! – stałego. Nic, co byłoby stabilne samo z siebie, gdyż wszystko, cała rzeczywistość, ulega ciągłej zmianie, egzystuje „w zależności od”. Nie chodzi tutaj o to, że wspomniana nietrwałość wiąże się z rozpadem czegokolwiek i powstaniem czegoś innego, nowego. Po prostu, skoro nic nie jest trwałe, to nie może także rozpaść się. Jest tylko ciągły proces zmiany, transformacji. To jedynie ludzki umysł wytworzył coś takiego jak czas, oparł go o model liniowy, a tutaj niezbędne było „umówienie się”, że coś istnieje w czasie, czyli jest niejako stałe. Jednak to tylko umowa! Wgląd Buddy uświadamia, że wszystko jest współzależne, nic nie istnieje samo z siebie.

Cokolwiek powstaje, tworzy się w relacji z czymś innym, co także nie jest stałe. Jest to ciągły przepływ życia, który w nauce określany bywa jako korelacja. Obecnie, dzięki pewnym badaniom na przykład z fizyki kwantowej, zaczyna to być dla nas mniej szalone niż kiedyś. Nawet jeśli nie zagłębiamy się w badania, nawet jeśli nie rozumiemy metodyki tych badań, to jeśli wnioski są potwierdzone przez autorytety świata nauki znika nasze przekonanie o obiektywności. Dajemy sobie wówczas przestrzeń i przyzwolenie na to, że rzeczywistość może być inaczej zorganizowana niż nam się wydaje. I właśnie na tym doświadczeniu niestałości, ciągłego procesu tworzenia się, pojawiania i znikania buduje się ćwiczenie zen. Mówiąc jeszcze inaczej, buduje się na doświadczeniu (a nie na przekonaniu czy spekulacji!), że nie ma stałego podmiotu, nie ma kompletnie niczego, co byłoby stałe.

***

W takim razie co tak naprawdę robimy praktykując zen, ćwicząc zazen?

Popatrzmy na to z takiej strony: gdyby moje poczucie „ja jestem” było czymś stałym, to wtedy ćwiczenie zazen nie miałoby sensu, ponieważ przeżycie rzeczywistości jako Jedności w sytuacji, gdybym był stałym podmiotem, byłoby po prostu niemożliwe. Od razu nasuwa się bowiem pytanie: co to za Jedność skoro ja jestem czymś odrębnym od niej, czymś konkretnym, stałym i niezmiennym, czymś, co dopiero może zyskać do niej dostęp?

W tym momencie warto zwrócić uwagę na pewnego rodzaju sformułowania pojawiające się w różnych nurtach duchowych, które mówią, że „poprowadzą kogoś” do Jedności. Brzmi to tak, jakby Jedność była czymś poza nami. Tymczasem, gdyby tak było, to nie można by mówić o Jedności, ponieważ wtedy nie byłaby ona nią. Poza Jednością nie ma nic, jest tylko JEST.

Praktykując uważność, czytając pisma mistrzów i nauczycieli zen, szczególnie te historyczne, zauważymy, że w zen nie znajdziemy tego rodzaju sformułowań. W zen podejście do rzeczywistości buduje się na doświadczeniu, że Jedność nie może zostać ani zdobyta, ani osiągnięta, bo wszystko nią jest. Jest tylko TO. Dlatego właśnie zazen nie polega na tym, żeby cokolwiek osiągnąć, tylko aby sobie coś uświadomić – coś, co zawsze JEST. To całkowicie zmienia podejście do treningu zen!

Dlatego właśnie w ćwiczeniu zen nie kładzie się nacisku na wysiłek „dojścia do” czy „odejścia od” czegoś. Trudno jest to przyjąć na poziomie świadomym, bowiem od dzieciństwa jesteśmy trenowani do zdobywania czegoś, mamy tak ukształtowaną wewnętrzną motywację, że podchodzimy do wszystkiego na zasadzie „ku” lub „od”, nigdy z poczuciem, że już „jest”.

Tutaj tkwi największa trudność w praktyce zen, bo trzeba zaprzestać dążenia do czegokolwiek lub unikania czegoś, a tylko być. Tymczasem tego nie potrafimy, albo raczej: tego zostajemy oduczeni już jako dzieci. W pewnym momencie dzieci odczuwają, że nie wystarczy tylko być, aby zostać przyjętym przez rodzica. Przychodzi moment, kiedy jesteśmy nagradzani uwagą i miłością „za coś”, a nie tylko za to, że „jesteśmy”.

***

Mówiąc bardzo prosto: jeśli chcesz sobie uświadomić jak JEST, czyli doświadczyć wglądu, musisz przestać chcieć, aby było inaczej niż JEST. Tylko tyle. Przy czym tutaj słowo „przestać” od razu, w zależności od naszej osobowości, kojarzymy jako działanie aktywne lub pasywne, tymczasem to nie jest nic z tego obszaru. Tutaj, w takim rozumieniu słowa „przestać”, lokuje się przyczyna tego, że czasami potrzeba lat siedzenia na poduszce, by wyjść z dwóch wspomnianych postaw: albo pasywnej (czekam na coś), albo aktywnej (zdobywam coś). Na poduszce wystarczy tylko być i wtedy … JEST.

Na co dzień nie patrzymy na rzeczywistość taką, jaka jest, ale odbieramy ją przez pryzmat tego, jak nasz umysł ją interpretuje, czyli poprzez porównywanie, dzielenie i przyklejanie etykietek. To, co postrzegamy na co dzień, nie jest rzeczywistością 1:1, nie jest jej wiernym odbiciem. To jedynie odbicie tego, co nasz umysł zobaczył „w niej”, a to z kolei zależy od naszych doświadczeń i wychowania, traum, jak i doznanego szczęścia. Nie jest to oczywiście nic złego, ale pod warunkiem, ze mamy świadomość, że tak funkcjonuje nasz umysł. Zdecydowanie zbyt wiele wniosków wyciągamy z samej interpretacji i zaczyna się nam w końcu wydawać, że obraz rzeczywistości jest taki, jak serwuje nam umysł.

Patrząc na ćwiczenie zen przez pryzmat tego, co wyżej pisałem, można powiedzieć, że trening zen polega na zaprzestaniu patrzenia na życie jedynie poprzez umysł, a podjęciu próby doświadczenia życia w końcu bezpośrednio, bez filtrów, czyli takim jakie jest. Oznacza to, że siedząc nie myślimy o czymś, ani nie czekamy na coś, ale siedzimy tak długo, aż zaniknie dyskursywne myślenie. Tutaj na nic są starania, dążenie do zatrzymania myśli, kontroli uczuć. Nie na tym polega zen! Tutaj po prostu jesteśmy i nagle w tym działaniu dyskursywnego umysł następuje przerwa, zanika ten proces i jest tylko JEST. Starożytni mistrzowie nazywali to przejściem przez bezbramną bramę. Jednak tego się nie „robi”, ani na to się nie „czeka”. To się „dzieje” – niekoniecznie na poduszce, bo tylko symboliczne określenie postawy „bycie”.

Wgląd może być także osadzony w codzienności. I ten moment, kiedy przy pełnej świadomości, nie myślimy, jest nazywany wglądem lub przebudzeniem. Jest to trudne do zrozumienia dla większości z nas, ponieważ nasza świadomość – niestety, ale w większości przypadków – sprowadza się właśnie tylko do myślenia. To, jak działa nasz mózgu, sugeruje pewną dualność rzeczywistości i na to nie mamy wpływu. Należy przyjąć, że tak po prostu działają nasze umysły. Jednak możemy mieć wpływ na to, aby poprzez pewną postawę, trening zen, móc doświadczyć „jak jest”, a nie „jak nam się wydaje”. To wymaga odwagi, o czym pisałem jakiś czas temu.

***

Jak widać, zazen polega na dokładnym postrzeganiu rzeczywistości i nie jest to kwestia ani wiary, ani religii. I dlatego siedzenie jest tak trudne, ponieważ wymaga wyjścia z nawykowego widzenia tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni, dzielenia na „lubię- nie lubię”, „miłe-nie miłe”, „dobre-złe”. Trening naszej identyfikacji (poczucia tożsamości) polega właśnie na identyfikacji z kawałkami rzeczywistości, a nie z Jednością. Jeśli już jako dorośli ludzie nie spróbujemy doświadczyć rzeczywistości właśnie jako Całości, to nasza identyfikacja z „ja” będzie coraz mocniejsza i coraz bardziej ograniczająca. Nie mam tutaj na myśli intelektualnego procesu przyjęcia, że „rzeczywistość jest Jednością”, czyli zawierzenia autorytetowi. Mam na myśli żywe, bezpośrednie doświadczenie, takie którego nie ujmuje się nawet w słowa.

Jeśli popatrzymy na naszą konstrukcję tożsamości, to zobaczymy, że tak naprawdę niewiele tam miejsca na świeże myślenia, postrzeganie, a większą część zajmuje porównywanie, osądzanie, dzielenie. Zwróćmy uwagę, że porównywanie czegoś, zawsze odnosi się do czegoś innego, czyli od razu mamy „dwa”. Niezwykle rzadko odnosi się do tego, co jest teraz, tylko nawiązuje do starych przeżyć, emocji, stanów. Żyjemy niejako „z konserwy”, odgrzewamy wciąż i wciąż stare doświadczenia, nieprzepracowane zranienia, a za mało zanurzamy w tym co tu i teraz, w tym, co jest świeże.

***

Warto podkreślić, że system porównywania do czegoś, co było kiedyś, jest ewolucyjnym przystosowaniem, które ma nas zabezpieczyć przed zagrożeniem. Jednak w przeważającej części naszego życia nie ma już takiej potrzeby. Teraz korzystając z tego, czyli porównując, osądzając i uciekając od tego, co nowe, nieznane, rezygnujemy po prostu z dużego obszaru życia, które warto byłoby doświadczyć. Spora część naszych podświadomych lęków, niechęci, niepokojów i awersji wynika z okresu wczesnodziecięcego, a nawet niemowlęcego. Wtedy, jeśli coś było dla nas nieprzyjemne, to nasz system alarmowy odbierał to jako bezpośrednie zagrożenia życia. Wówczas to było sytuacja podbramkowa, jednak jeśli te stany przeniesiemy w dorosłe życie, to mamy problem, odcinamy się od nurtu życia.

Dlatego właśnie ćwiczenie zazen jest tak ciekawe, ale i zarazem tak trudne oraz … ryzykowne dla naszego poczucia „ja jestem”, ponieważ jeśli zaryzykujemy podczas siedzeniu nie powielanie swoich systemów porównawczych, przestajemy z czasem myśleć, czyli … nie ma nas. To jest ta słynna „śmierć na poduszce”.

Warto więc na ścieżce praktyki badać siebie wciąż na nowo, przyglądać się samodzielnie lub z czyjąś pomocą (terapia, superwizja) swoim reakcjom i postawom, w które wchodzimy, szczególnie w kryzysowym momencie. Pozwoli to wyłapać czy wchodzimy wtedy w rolę ofiary czy raczej atakujemy. To z kolei pozwoli zobaczyć jak wygląda nasza praktyka. Często właśnie na poduszce powielamy ten sam system obronny, jaki dominuje w naszym życiu. Osoba pasywna, która w życiu raczej broni się, będzie podczas zazen na coś czekała, a osoba aktywna, walcząca, będzie na poduszce z kolei walczyła, tym razem o „nie myślenie”.

***

Widać wyraźnie, że zazen ma w sobie coś, co każdemu systemowi jaźni (poczuciu tożsamości) wydaje się zagrażające, ponieważ siedzenie jest po prostu bezbronnością. Siedzisz w postawie „jestem jednym z tym, co jest”, tzn. przestajesz bronić się przed tym, co JEST. I wtedy nie zawsze jest miło. Wymaga to akceptacji, że pojawią się różne uczucia, przeżycia, które warto w końcu przeżyć do końca, „przesiedzieć”.

Podczas sesshin czy będąc w regularnej praktyce pod okiem mistrza lub nauczyciela zen, warto korzystać z dokusan (rozmowy indywidualne). Jeśli nie mamy takiej możliwości lub wręcz jeśli zasugeruje nam to nauczyciel, warto skorzystać z terapii. To ułatwia „wytrzymanie siebie”. Jeśli będziemy się przed nimi, czyli tak naprawdę przed samymi sobą, bronili, to wciąż będziemy zamknięci w swoim „ja”. Patrząc z tej perspektywy, widzimy, że przebudzenie jest 100% wrażliwością, jest zanikiem mechanizmów obronnych. Siedzenie opiera się więc na 100% zaufaniu względem życia. Dlatego właśnie nasza świadomość ma z tym taki problem, bo kojarzy to z zagrożeniem.

Warto jednak przekonać się czy tak rzeczywiście jest. Może okazać się, że otworzy się przed nami nieco szersza przestrzeń? A może zawsze była otwarta, tylko w końcu ją dostrzeżemy, kiedy opadną pewne zasłony?

Pojąłem w końcu!
Ocean wysechł, Pustka wybuchła.
Nie widać przeszkód – TO jest wszędzie!
/Joho/

________________

Jeśli interesuje Was tradycja zen oraz pogłębianie treningu zen, polecamy lekturę najnowszej książce Alexandra Poraj-Żakieja „Wprowadzenie do ZEN. Historia – Praktyka – Współczesność” -> TUTAJ

Inne tytuły z nurtu ZEN znajdziecie TUTAJ

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *