W poprzednim wpisie przyglądając się motywacji do wejścia w praktykę, wspomniałem o cierpieniu oraz o szukaniu poprzez praktykę konkretnych efektów (oświecenia, spokoju, harmonii). Nie pojawił się jednak motyw tęsknoty, która jest niezwykle istotna na tej ścieżce, a którą tak trudno zdefiniować posługując się słowami i znaczeniami z codzienności.

… człowiek jest zawsze tylko człowiekiem zmęczony siada pod konarem gwiezdnym je chleb do nowej drogi się sposobi i tylko jedna myśl go niepokoi jak się nazywa jak długo jest w drodze i kiedy dojdzie do końca tej drogi

/Tymoteusz Karpowicz, Droga/

 

Jak pisałem ostatnio, aby siedzieć na poduszce, pojawiać się w zendo czy uczestniczyć w sesshin nie wystarczy sama ciekawość zen. To zdecydowanie za mało! Z czasem zaczniemy szukać czegoś, co dostarczy nam przyjemnych doświadczeń, ale i tutaj – prędzej czy później – spotka nas rozczarowanie. To, co najskuteczniej prowadzi nas ku zendo i „zmusza” do wytrwania w praktyce, to jednak cierpienie. Jednak czym ono jest?

Cierpienie buduje się na odczuciu, że wiele rzeczy nie dzieje się według naszej woli, czyli nie są dla nas zadowalające. Słowo „cierpienie” wiąże się wyraźnie ze słowem „cierpliwość”, a tymczasem my – ludzie XXI wieku- nie jesteśmy oswojeni z byciem przy czymś dłużej, w szczególności przy nieprzyjemnych momentach. Jesteśmy wychowani do działania „pod uczucie” przyjemności, zadowolenia, ukojenia. Jeśli jest inaczej, to nie zostajemy przy tym co jest, uciekamy od tego, co przynosi dyskomfort. Zawsze jesteśmy w działaniu: albo „ku” albo „od”. Niektórzy z nas, jeśli nie osiągają szybkiego efektu, idą automatycznie w wyobrażanie sobie przyjemności i na tym buduje się ich wytrwałość. Wyobrażenia stają się więc paliwem dla cierpliwości.

Cierpienie i powiązaną z nim cierpliwość można opisać jako efekt czekania na to, aby to co jest niezgodne z naszymi wyobrażeniami, zmieniło się według naszej woli i oczekiwań. Takie zrozumienie cierpienia i cierpliwości przełożone na zazen nie oddaje jednak rzeczywistości.

W miarę pogłębiania praktyki cierpienie może – wbrew oczekiwaniom – wzrastać, ponieważ uświadamiamy sobie coraz wyraźniej, że rzeczywistość nigdy na stałe nie będzie taka, jak byśmy chcieli. Również samo dążenie do przyjemności niczego tutaj nie zmieni, ponieważ wszystko i tak jest w ciągłym procesie zmian, transformacji.

***

Obojętnie co mamy (czy to uczucia, stany emocjonalne, rzeczy materialne, pozycję społeczną, ludzi), to nigdy nie będzie to stały stan, ponieważ stałość nie jest naturą rzeczywistości. Z biegiem czasu doświadczenie niestałości doprowadza nas do różnych decyzji. Możemy np. intensyfikować działania ku przyjemności. Początkowo nie dostrzegamy, że idąc tą ścieżką będziemy musieli podwyższać dawki przyjemnych emocji, ale nawet wtedy nasze wewnętrzne zadowolenie nie poprawi się diametralnie. Teraz możemy po prostu szybciej stłumić niezadowolenie, ale i taka zmiana uczuć nie zapewni nam trwałego zadowolenia.

Kiedy już uświadomimy sobie, że nie ma nic stałego, to możemy doświadczyć, że w tym wszystkim punktem centralnym cierpienia nie jest wcale fakt niestałości, ale fakt, że to my cały czas czujemy się odrębni. Z kolei konsekwencją poczucia odrębności jest m.in. trudność czy nawet niemożność dojścia do wszystkiego co JEST, bez względu na to, co byśmy nie robili.

Jak w takim razie znaleźć na to lekarstwo? Propozycje na przestrzeni wieków bywały różne. Jedną z nich była religia (opierająca się na wierze w życie wieczne) czy nurty takie jak buddyzm (gdzie obecna jest wiara w możliwość osiągnięcia oświecenie). Tymczasem zen, w którym nie ma konieczności wiary w cokolwiek, sugeruje coś zupełnie innego. Proponuje bowiem: zaryzykuj wejście w trening takiego postrzegania rzeczywistości, który nie opiera się na dyskursywnym myśleniu. Taki trening pozwala doświadczyć, że nie ma ani nic stałego, ani nic oddzielonego. Co więcej, uświadamia nam, że niestałość nie jest tak naprawdę problemem, ale rozwiązaniem dylematu. Pokazuje także wyraźnie w jaki sposób buduje się nasze poczucie oddzielenia, przy którym warto zatrzymać się chwilę dłużej.

***

Trening zazen – rozumiany nie tylko jako siedzenie na poduszce, ale przede wszystkim jako przeniesienie postawy zen w codzienne życie – daje nam możliwość doświadczenia, że wszystko już zawsze JEST. I nie jest to coś, w co musimy wierzyć! Zen proponuje po prostu nie używanie dyskursywnego myślenia, co pozwala doświadczyć że jest tylko JEDNO. Kiedy ponownie włącza się dyskursywny umysł – a tak prędzej czy później dzieje się – ta Całość i Jedność zostaje ponownie pokawałkowana, podzielona i ponazywana. Być może nasz ludzki umysł nie jest w stanie inaczej organizować się.

oddzieliło się światło od światła cień od cienia granicą światła i cienia
wszystko co się dzieliło było jeszcze bardziej złączone i co się łączyło dzieliło się do końca
nigdy jeszcze niepodzielność nie była tak doskonale podzielona a podzielność tak idealnie niepodzielna

/T.Karpowicz, Droga/

Warto przypomnieć w tym momencie to, o czym już wielokokrotnie pisałem, a mianowicie, że myślenie nie jest funkcją podmiotu „ja” oraz że to właśnie myślenie stwarza poczucie „ja jestem”. Myślenie absolutnie nie odzwierciedla obiektywnej rzeczywistości, tylko ją tworzy, kreuje. I to za każdym razem na nowo.

***

Wgląd w naturę rzeczywistości, nawet częściowy, wiele zmienia: rozluźniamy się, znika w nas poczucie oddzielenia i czujemy, że ta Jedność jest cały czas, przeczuwamy ją, nawet jeśli akurat w danej chwili nie doświadczamy. Zen proponuje więc swoim adeptom: „zauważ czy punkt wyjścia nie jest już przypadkiem celem”. W zen nikt nie pokaże nam jak dojść do celu, ale zasugeruje, że być może już jesteśmy w tym punkcie. Start i meta mogą być tym samym, tak jak droga i wędrujący; nie ma punktu A, ani punktu B, jest tylko TO.

Wgląd daje nam posmakować, jak to jest być w drodze do miejsca, gdzie już jesteśmy. Przebudzenie jest doświadczeniem, ucieleśnieniem tego jak organizuje się Byt, jeżeli tylko nie trzymamy się kurczowo identyfikacji „ja jestem”. Jakakolwiek myśl tworzy automatycznie uczucie podmiot-obiekt, ale – co ważne – „ona to tworzy”, a nie „ona oddaje rzeczywistość”. Kiedy wyłączy się myślenie, podział na ja-ty, to-tamto znika. I jest Jedno!

gdyby istniało (…) jedno drzewo byłoby lasem a gdyby istniał las byłby jednym drzewem

/T.Karpowicz, Droga/

Wokół kwestii odrębności, która zostaje w naszych rozważaniach głównym punktem cierpienia, ludzkość podejmuje różne działania i stara się to uczucie przezwyciężyć. Niestety na co dzień nie czujemy, że jesteśmy przestrzenią, w której jest wszystko. Wydaje nam się, że dopiero musimy do niej dojść lub nawet zasłużyć na nią. Mamy małą wiedzę na temat tego jak uświadomić sobie bycie tą przestrzenią. Nie łączymy tego z obecnością, ze stanem kiedy nie bronimy się przed tym, co w zen określa się jako „śmierć na poduszce”, a właśnie wtedy przestrzeń ma możliwość otworzenia się.

***

Co więcej, im bardziej cierpimy, tym bardziej szukamy czegoś, co przyniesie temu stanowi kres, i jednocześnie tym bardziej pogłębiamy poczucie oddzielenia. Idąc krok dalej: im ciaśniejsza nasza tożsamość, im sztywniejsza i mniej elastyczna, tym gorzej się czujemy, tym bardziej samotni jesteśmy. Patrząc na to z tej perspektywy, samotność można opisać w ten sposób: zostajesz z uczuciem „ja jestem” i wciąż tli się w Twej głowie myśl „ja jestem”, „ja jestem” … W ten sposób oddzielasz się od wszystkiego coraz bardziej.

… rozległ się krzyk człowieka – jestem 

żadne księgi nie opisały jego przerażenia i samotności kiedy po raz pierwszy otworzył swe oczy

żadne oczy nie były dość wielkie by pomieścić to przerażenie i tę samotność

/T.Karpowicz, Droga/

Co w takim razie prowadzi praktykujących do punktu, w którym nie ucieka się już od cierpienia, czyli wtedy kiedy jesteśmy w stanie przyjąć propozycje zen? Ten kluczowy moment osobiście nazywam tęsknotą. Jednak tęsknota na ścieżce duchowej nie jest nakierowana na konkretną osobę, rzecz, stan. W codziennym życiu tęsknimy tak naprawdę nie za kimś czy czymś, ale za tym jakie uczucie w nas wywołuje ktoś czy coś. Tęsknimy za stanem w jakim byliśmy przy kimś czy posiadając coś. Tutaj nie chodzi tak naprawdę o nas, ale o to, co się w nas dzieje. Osoby, miejsca, rzeczy są tylko wyzwalaczami tego uczucia.

***

W praktyce zen, po pierwszych doświadczeniach, także pojawia się podobny rodzaj tęsknoty. Mamy wówczas nadzieję, że ten stan otwartości, bycia przestrzenią, w której wszystko już jest, powtórzy się. Ulegamy znowu złudzeniu, że możemy do niego dojść. Aby zobaczyć iluzję tego oczekiwania, wyobraźmy sobie, co byłoby gdyby ta odrębność nie była faktem, ale właśnie złudzeniem, a faktem byłaby jedna przestrzeń, nieograniczona w czasie, którą najlepiej oddawałoby słowo JEST.

Jeśli nasze cierpienie jest spowodowane błędnym myśleniem, a nie rzeczywistością, wtedy odczuwana tęsknota byłaby potwierdzeniem Jedności. Byłaby wyraźnym sygnałem, że tę Jedność gubimy. Jeśli spojrzymy na to z punktu widzenia tożsamości, kształtowania się poczucia „ja jestem”, wówczas tęsknota pokazałaby nam się jako efekt wzmocnienia tożsamości czy wręcz zamknięcia w niej.

Propozycja zen w tej sytuacji jest następująca: zostaw tożsamość, zostaw myśli i zobacz co będzie teraz, puść to wszystko i zobacz co się stanie. I uwaga, nie jest to zachęta do „rozpuszczania tożsamości”, ale do jej nie-tworzenia. To istotna różnica!

Zazen jest bowiem postawą obecności nim „wpadniemy” na pomysł, że istnieje odrębność, a dzieje się to wtedy, kiedy zaczyna działać dyskursywny umysł. W zen nie chodzi o to, aby dojść do czegoś, aby coś lub siebie przezwyciężyć. To wszystko już jest wymyślone, jest kolejną koncepcją! W zazen chodzi o to, aby choć raz siebie nie stworzyć.

nie przyglądaj się memu cieniowi –
zmyśliłem siebie
jestem zmyślony człowiek-
owoc nieistniejącego drzewa

/T.Karpowicz, Zmyślony człowiek/

Nawiązując do „umysłu początkującego” – pojęcia jakim posługiwał się Suzuki – możemy powiedzieć, że zazen jest obecnością zanim pojawiło się myślenie. To nie jest Umysł, który czegoś nie wie, tylko Umysł, który jest/był przed stworzeniem tożsamość. Dlatego też mówi się, że w zen jest tylko „teraz” albo „nigdy”.

***

Ćwiczenie zazen w przeświadczeniu, że należy coś zmienić, poprawić, jest tylko iluzją. Siedząc – tylko siedzimy i jesteśmy tak silni w tej obecności, że jesteśmy tylko tym siedzeniem, nie ma tutaj żadnej podmiotowej myśli „ja siedzę”; jest tylko siedzenie.

Dlatego tak ważna jest sama fizyczna postawa siedzenia. Już ona ma ucieleśniać obecność, a nie być czekaniem na coś wyjątkowe. W zazen nie chodzi o lubię – nie lubię, oceniam- nie oceniam, tutaj jesteśmy tylko faktem ucieleśniania obecności.

Zazen, jako praktyka dokładnego postrzeganie rzeczywistości, daje nam wgląd jak funkcjonuje nasza tożsamość, jak tworzy się „ja” i jaka jest natura rzeczywistości. Wystarczy choć raz doświadczyć czystej obecności, aby wiele się w naszej codziennej organizacji tożsamości zmieniło. Wtedy dostrzeżemy według jakich reguł toczy się przedstawienie zwane życiem i będzie nam łatwiej uczestniczyć w nim.

 

 

W tekście wykorzystano fragmenty wierszy Tymoteusza Karpowicza dostępnych TUTAJ

________________________

Jeśli interesuje Was tradycja zen oraz pogłębianie treningu zen, polecamy lekturę najnowszej książce Alexandra Poraj-Żakieja „Wprowadzenie do ZEN. Historia – Praktyka – Współczesność” -> TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *