To pytanie warto zadać sobie nie tylko na początku praktyki. Tak naprawdę każdy moment jest dobry, aby zostać chwilę przy pytaniach: „Dlaczego praktykuję? Dlaczego siedzę codziennie rano na poduszce i dlaczego po raz kolejny przyjeżdżam na sesshin?”. Szczerze odpowiedzmy też na kolejne pytania: „Czy liczę, że w końcu uda mi się „coś” osiągnąć czy może przyjeżdżam już zrezygnowany z myślą, że „tyle już siedzę i nadal nic”? A może zazen pasuje do mojego wizerunku spokojnego człowieka, a może właśnie innego – człowieka podejmującego wyzwania?

 

Nie znam żadnych procesów umysłowych, które by się na coś zdały,
i żadnej Drogi, którą można by podążać.
/Hui Hai/

Ile osób w zendo, tyle pojawi się motywacji 🙂 Jednak można je przyporządkować do kilku kategorii: ucieczki od cierpienia, dążenia do oświecenia, chęci osiągnięcia harmonii i spokoju. Pewnie każdy z nas, na różnych etapach życia, odnajdzie siebie w którejś z tych grup.

Zanim przyjrzymy się pierwszej z nich, zobaczmy, że każde nasze działanie ma początek w jakimś bodźcu, potrzebie, np. jedzenie zaczyna się głodem, spanie – sennością, odpoczynek – poczuciem zmęczenia. W takim razie – czym zaczyna się zazen? Co – jaki bodziec, jaka potrzeba – prowadzi nas do zendo, gna na poranny zazen lub każe przyjechać na sesshin?

Zadajmy sobie te pytania i zostańmy przy nich. Nie śpieszmy się z odpowiedzią, bo przecież uspokojenie, ciszę i przyjemny stan można osiągnąć na tysiące innych sposobów, niekoniecznie podczas praktyki zen! Co w takim razie prowadzi nas w to miejsce, na tę ścieżkę, co pozwala nam – albo nakazuje – siedzieć po kilka godzin dziennie?

Klasyczna odpowiedź na to pytanie brzmi: to, co nas prowadzi do ćwiczenia, to cierpienie. Jednak czym ono jest? Czy dla każdego z nas oznacza to samo? Jeśli nie, to od czego zależy? O co tutaj tak naprawdę chodzi?

W tym miejscu przywołajmy nauki Buddy zwane Czterema Szlachetnymi Prawdami, które – jak głosi tradycja buddyzmu – wygłosił 7 tygodni po osiągnięciu oświecenia:
Wszystko, co uwarunkowane jest cierpieniem.
Cierpienie ma swoją przyczynę.
Istnieje koniec cierpienia.
Istnieje droga, która prowadzi do końca cierpienia.

Szczególnie ta ostatnia Prawda napełnia adeptów medytacji nadzieją, że jednak istnieje kres cierpienia. Jednak warto przyjrzeć się dokładniej pozostałym, szczególnie pierwszej, która jest kluczowa dla zrozumienia postawy zazen, bowiem często to właśnie cierpienie jest dla nas bodźcem do podjęcia praktyki. Także Mistrz Eckhart mówił, że „cierpienie jest najszybszym koniem do Boga.”

***

Popatrzmy więc na czym polega tzw. cierpienie. Zwykle uczucie to pojawia się wtedy, kiedy rzeczywistość jest niespójna z naszym wyobrażeniem rzeczywistości, czyli krótko mówiąc – nie jest tak, jak byśmy chcieli. Cierpienie nie jest oczywiście jednoznaczne z bólem; można cierpieć i nie odczuwać bólu, można też doświadczać bólu, a mimo to nie mówić o cierpieniu. Wiele nurtów religijnych nawiązuje chętnie do cierpienia i proponuje różne rozwiązania, z których chętnie korzystają kolejne pokolenia, nawet nie zastanawiając się czy to rzeczywiście działa.

Każdy z nas posiada kilka „obszarów”, które stanowią podstawę naszej tożsamości, są dla nas bardzo istotne. W sytuacji, kiedy nie zostaną one „obsłużone”, zaczynamy po pewnym czasie odczuwać niepokój, a w dłuższej perspektywie albo w bardziej kryzysowym momencie życia – cierpienie. Pojawia się brak, którego nie jesteśmy w stanie zapełnić, ponieważ przyzwyczailiśmy się, że „dopełnienie” zawsze przychodzi z zewnątrz.

Cierpienie nie musi być związane z czymś fizycznym, namacalnym, czymś, co możemy łatwo wskazać. Czasami jest nam bardzo trudno to wytłumaczyć, namierzyć, określić. Czujemy to, ale nie jesteśmy w stanie wyjaśnić. I to nas dodatkowo frustruje.

Kwestia cierpienia i radzenia sobie z nim dawniej, w poprzednich epokach, wyglądała inaczej. Wówczas ludzie mieli małe szanse na zmianę warunków, na takie urządzenie codzienności, aby odsunąć na bok cierpienie. Byli determinowani tym z jakich rodzin pochodzili, w jakim kraju i kulturze żyli. Obecnie jest inaczej: możemy podejmować szereg zmian, które mają nam pomóc w oddaleniu cierpienie, a mimo to na dłuższą metę nadal nie potrafimy namierzyć źródła niepokoju.

Oczywiście cierpienie jest bardzo indywidualnym doświadczeniem i jego odczuwanie wiąże się z naszą indywidualną tożsamością, która składa się przecież z wielu elementów i to nie tylko tych, których jesteśmy świadomi. Jako poszczególne tożsamości jesteśmy wypadkową różnych wydarzeń i osób z przeszłości, jak i tego co się wciąż dzieje. My się wciąż tworzymy, jesteśmy kreowani przez to, co się wydarzyło i przez to co dzieje się teraz.

I tutaj już być może mamy pierwszy powód dlaczego to, co proponują różne nurty religijne albo duchowe, nie jest aż tak zadowalające na dłuższą metę. Żadne z proponowanych rozwiązań nie jest przecież dostosowane do nas jako jednostek. Trudno więc oczekiwać, aby zadziałało, skoro nasze cierpienia są tak bardzo „szyte na miarę”.

***

Zwykle, choć oczywiście nie jest to regułą, na ścieżkę zen wkraczają osoby, które mają już za sobą pewne doświadczenia życiowe i przekonały się, że zdobywanie kolejnych rzeczy, gromadzenie doświadczeń, nie zmienia zbyt wiele w ich życiu i nie poprawia trwale samopoczucia. Póki jest w nas myśl, że „można coś zmienić, poprawić, osiągnąć” trudno będzie nam wejść w postawę zazen, ponieważ ta wiara i nadzieja są silniejsza niż to, czego doświadczamy nawet po dłuższym siedzeniu w zazen.

Z kolei z punktu widzenia religii sensowniejsze wydaje się „zawierzenie Bogu” i proszenie go w modlitwach o poprawę sytuacji niż samodzielne dążenie do poprawy sytuacji. Porównując to z tym, co napisałem wcześniej, nie ma tak naprawdę różnicy między tymi dwoma postawami. Albo działamy aktywnie jak indywidualne jednostki w kierunku poprawy, albo działamy bardziej pasywnie poprzez modlitwę do Boga. Jednak w obu przypadkach jesteśmy oddzieleni od tego, co dzieje się i zmiany szukamy na zewnątrz.

Tymczasem w zen jest inaczej: tutaj nic nie robimy, zostawiamy wszystko tak jak jest. Co więcej: nie oceniamy tego, nie lgniemy, ale też nie odwracamy się. Tylko jesteśmy.

***

W różnych ruchach medytacyjnych motywacja do praktyki także bywa naznaczona oczekiwaniami. Wielu ludzi medytuje „po coś”, ma jakiś cel, chce coś osiągnąć. Wydaje im się, że są na właściwej ścieżce, a na jej końcu jest na pewno coś lepszego. Praktykują więc z nadzieją na lepszy czas i to jest ich siłą napędową.

Pamiętajmy jednak, że nie każdy kto wchodzi w trening medytacyjny ma poczucie cierpienia. Często są to osoby tak naprawdę zadowolone ze swojego życia, ale kiedy nagle pojawia się obietnica doznania czegoś niezwykłego np. oświecenia, ulegają fascynacji i staje się to ich celem – kolejnym, obok rodziny, kariery, podróży i wygód materialnych.

Taka motywacja do praktyki, czyli np. dążenie do oświecenia, zwykle wypala się szybko. To właśnie te osoby najszybciej znikają z zendo. Tak naprawdę to chęć wyzbycia się cierpienia jest silniejszą, trwalszą motywacją, a już na pewno taką, która „wystarcza” na dłużej.
Kolejną motywacją – poza pozbyciem się cierpienia i osiągnięciem oświecenia – jest dążenie do uspokojenia, wyciszenia oraz życia w harmonii. Również i to podejście nie daje spektakularnych efektów, jeśli chodzi o wytrwałość w praktyce. Im ciszej na zewnątrz nas, jak np. w zendo, tym szybciej uświadamiamy sobie zgiełk, który jest w nas, albo nawet dosadniej – którym jesteśmy. Siedząc na poduszce przestajemy w końcu poprzez różne działania zagłuszać wewnętrzny niepokój i okazuje się, że nie tak łatwo w ciszy stać się ciszą.

Nie zdajemy sobie sprawy, że uczucia, które mamy w sobie, mogą się za chwilę zmienić się i w zależności od okoliczności poczujemy coś innego. Mimo wielu doświadczeń rzadko przychodzi nam do głowy, że przecież nigdy żadne uczucie, nawet to pozytywne jak zakochanie czy spojrzenie na swoje nowonarodzone dziecko, lub negatywne jak strata kogoś bliskiego czy zranienie przez kogoś komu ufaliśmy, nigdy, ale to nigdy, nie trwa wiecznie. Jeśli więc wydaje nam się, że jest coś, co zapewni nam trwały spokój, to bardzo się mylimy. Spokój może zdarzać się, ale nie da się go posiąść na stałe. Tymczasem i taka motywacja pcha nas do zendo, ale jeśli nie wydarzy się to, czego oczekujemy, to wtedy pojawia się w nas kolejne pytanie „i co teraz?”.

***

Żyjemy w czasach, kiedy większość z nas może zaoferować sobie całą gamę przeżyć i jednocześnie ciężko na to pracujemy. Nie są to rzeczy niezbędne do przeżycia fizycznego, bo – spójrzmy prawdzie w oczy – większą część naszych dochodów przeznaczamy na przeżycie doświadczeń, które wytwarzają w nas miłe uczucia, podtrzymują budowany wizerunek i … są chwilowe.

Jednocześnie trudno nam być w kontakcie z tym co jest. To, do czego tak usilnie dążyliśmy, na co nierzadko ciężko pracowaliśmy, z czasem nudzi nas, nie zadowala już i potrzebujemy czegoś nowego, czegoś co nas na nowo uwiedzie, zaczaruje. Cierpienie wynika więc nie tylko z tego, że według nas pewne rzeczy nie są takie, jak być powinny, ale także z tego, że zadowolenie nimi trwa u nas tak krótko.

Z czasem, w miarę praktyki zen lub po prostu doświadczeń jakie funduje nam życie, pojawia się świadomości, że wszystko, absolutnie wszystko, jest niestałe, zmienia się. I to także u sporej części osób będzie budziło opór, a w efekcie cierpienie. Tak więc cierpienie i kruchość naszego bytu albo jego ograniczenie są ze sobą powiązane. Jeśli to tylko poczujemy i doświadczymy tego, to wejście w postawę zen będzie łatwiejsze, co nie oznacza wcale przyjemniejsze.

***

Kiedy prześledzimy historię ludzkości, to i na tę kruchość bytu szukano rozwiązania, które dałoby nadzieję choć na lepsze życie kiedyś, jeśli tu i teraz jest to niemożliwe. Tak narodziły się religie i nurty ezoteryczne. Tymczasem w klasycznej duchowości nie posiłkujemy się wiarą w coś, kogoś, w lepszą przyszłość. I wtedy robi się trudniej, ponieważ już sama wiara otwierała nam przestrzeń na wyobraźnię. Mogły pojawić się wtedy w naszej głowie obrazy, które lubimy i uważamy za przyjemne.

Jeśli decydujemy się na trening zen i chcemy wyciszenia, harmonii, wewnętrznej równowagi, to znaczy, że mamy wyobrażenie jak to jest być spokojnym, co oznacza wewnętrzna równowaga. Zwróćmy też uwagę, że zawsze kiedy coś sobie wyobrażamy, to już towarzyszą temu uczucia, oczywiście przyjemne w przypadku harmonii i życia bez stresu. Warto więc przyznać się przed samym sobą jakie mamy wyobrażenie na temat celu i sensu naszej medytacji, bo to pokaże nam według jakiego schematu działamy i jakie jest ryzyko nie wytrwania w praktyce.

***

O co więc chodzi w zazen? Dlaczego te motywacje skazują nas na rozczarowanie? Chodzi tutaj tylko i wyłącznie o wgląd w naturę rzeczywistości, a ta przecież niczego nie wyklucza, tutaj nie ma chęci, aby coś było, a czegoś nie było. Tutaj nie jest ani milo, ani niemiło. Tutaj jest tylko JEST.

Kiedy wejdziemy głębiej w praktykę zen zdarza się, że przyciągną naszą uwagę słowa, że wszystko jest kruche i niestałe, wszystko czyli także my jako ta konkretna tożsamość. Wówczas pojawia się kolejne ryzyko: możemy „podpiąć się” pod Pustkę, która często pojawia się w teisho i książkach o zen. Możemy uznać, że ona na pewno jest stała, tymczasem gdyby była stała, nie byłaby Pustką 😉 Pamiętajmy, że Pustka w buddyzmie nie jest zastępstwem boga z religii monoteistycznych. Pustka nie jest czymś, jest po prostu określeniem nietrwałości wszystkiego (więcej tutaj).

Jeśli zatrzymamy się dłużej przy stwierdzeniu, że powodem naszego niepokoju jest poczucie, nawet instynktowne, niestałości bytu, to wtedy zazen stanie się ciekawą postawą, ponieważ w zen fakt niestałości i kruchości jest samym ćwiczeniem. W zen poprzez postawę zazen, czyli JESTEM, możemy doświadczyć bytu bez jakiegokolwiek punktu odniesienia. To trudne do opisania, wyobrażenia sobie, choć rozpala intelekt i budzi chęć zamknięcia tego w słowa. Możemy to ująć krótko: w zen nie szukamy czegoś, co byłoby stałe, ale przy pełnej świadomości podejmujemy ryzyko zostania przy tym, że wszystko „sypie się” i patrzymy jak wtedy jest, nie przez pryzmat czy jest tak jak oczekiwaliśmy, ale po prostu „jak jest?”.

W zazen ryzykujemy więc doświadczenie niestałości i zobaczenie czy jest tak jak my to sobie wyobrażamy, czy jest może inaczej. Może jednak jesteśmy w stanie żyć patrząc spokojnie jak życie samo się organizuje, ale tym razem nie w naszej głowie i nie poprzez nasze myśli? Być może wtedy nagle przebudzimy się z tego planowania, myślenia, chcenia i zobaczymy, że Byt, Świadomość, Jestestwo ma jakość kompletnie dla nas niezrozumiałą, a nasze poczucie odrębności, na którym buduje się cierpienie jest zbudowane z iluzji?

Wyzwanie warte podjęcia albo … rzecz warta zaryzykowania – wszystko w zależności od naszej osobowości 🙂

 

________________

Jeśli interesuje Was tradycja zen oraz pogłębianie treningu zen, polecamy lekturę najnowszej książce Alexandra Poraj-Żakieja „Wprowadzenie do ZEN. Historia – Praktyka – Współczesność” -> TUTAJ

 

2 komentarzy dla Dlaczego właściwie ćwiczymy zen?

  1. Dariusz napisał(a):

    Hmmm może stąd wynika ciągłe pomieszanie, że szukamy na zewnątrz i wszystko musi być po coś, mieć sens i cel. Tak nas uczą od małego…
    Tak powstają co raz to nowe teorie, książki, co rusz odkrywające „coś nowego”. Nowi guru co rusz skupiają się na czymś nowym, co odkryli i to jest właśnie to! 😁😁 Religie, systemy, filozofie proponują „coś” w przyszłości. I tak ludzie szukają i szukają. I zgodnie z tym dostają co rusz nowe rzeczy, teorie do szukania a te napędzają następne.
    Jak zostało wspomniane, tu i teraz. Ta chwila to jest to. Bądź wolny od szukania bo to się nigdy nie kończy. No chyba że teraz 😊😊
    Z obecnością też bym nie przesadzał bo co to znaczy? Wokół tyle się dzieje, miliardy informacji a my odbieramy promil tego. Wielu pragnie czuć całe życie, wszystko co jest wokół… Może wystarczy czuć siebie, swój oddech. Prostota.
    Nie chwytaj się niczego w swym umyśle bo Cię to ograniczy. Rób albo nie rób. Bądź wolny przy tym od ocen, porównań, oczekiwań. Nie nazywaj tego zen, oświecenie ani jakkolwiek, bądź wolny od myśli że powinno być tak czy tak. Zaakceptuj to co jest, zaufaj i już ❤❤
    Ale to też tylko ograniczające teorie 🤔😉😊
    Żyj

  2. Darek napisał(a):

    Dzień dobry. Mam pytanie które jest związane z tematem tego wpisu. Czy osoba oświecona jest już dożywotnio uwolniona od cierpienia, tylko poprzez jedno doświadczenie – satori? Według mojego doświadczenia z zazen, nie ma żadnego stałego uwolnienia. Cierpienie jest uwarunkowane,a jednym z tych warunków jest wejście w tożsamość „ja, mnie, moje…”. Mogę wiele razy w ciągu dnia doświadczać zarówno cierpienia, jak i przebudzenia. Zależnie od mojej kondycji, umiejętności, spostrzegawczości. Wystarczy właściwa intencja. Nie poszukiwanie niczego więcej. Bo gdy niczego nie poszukuję, to mechanizm „ja, mnie, moje” pozostaje w stanie uśpienia, albo inaczej mówiąc, nie zostaje on aktywowany. Czy dobrze rozumiem?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *