W naszej zachodniej kulturze koniec roku kalendarzowego jest zwykle czasem podsumowań – takim swoistym życiowym bilansem, który wydaje nam się niezbędny, aby uczynić krok ku Nowemu. Jest to moment, który niemal zaprasza do spojrzenia zarówno w przyszłość, jak i w przeszłość. Moment, który aż prosi się o przyglądnięcie jakie niezaspokojone pragnienia są w nas nadal obecne, jakie tęsknoty wciąż nie doczekały się ukojenia. Tylko czy nie jest to kolejną iluzją?

 

Mnich zapytał: „Czy ten, który opuścil dom, może wciąż być człowiekiem świeckim?”.
Joshu powiedział: „Opuszczając dom, stajesz się mnichem. Opuszczanie lub nie opuszczanie- ja w ogóle się tym nie zajmuję.”
Mnich zapytał: „Dlaczego?”.
Joshu powiedział: „To właśnie znaczy >opuścić dom<„.

 

W tym okresie, poddając się wszechobecnemu szaleństwu robienia noworocznych planów, ulegamy złudzeniu, że istnieje coś takiego jak postęp, rozwój, że życie „idzie do przodu”, a na dodatek w kierunku, który to właśnie my możemy nakreślić. Nasze złudzenie buduje się na sposobie określania czegoś właśnie jako „zmiana”. Dzieje się tak wówczas, kiedy w pewnym wycinku czasu porównujemy ze sobą dwie rzeczy, dwa punkty w naszej rzeczywistości, a wszystko inne odcinamy i skupiamy się tylko na pewnym fragmencie tego-co-jest. Okaleczamy w ten sposób rzeczywistość i jednocześnie pozbawiamy się sami bogactwa przeżyć, jakie daje zestrojenie się z Jednością, z rzeczywistością taką-jaka-jest, a nie tylko taką, jakiej my oczekujemy, czy jaką kreujemy.

Gdybyśmy tylko mogli doświadczyć, że wszystko toczy się równolegle! I tak właśnie jest, tylko my – jako te konkretne tożsamości- nie dostrzegamy tego. Nie mamy „wprawy” w doświadczaniu tego, w „zatrzymaniu” tego doświadczenia w świadomości choć chwilę dłużej. Gdybyśmy tylko mieli dostęp do takiego postrzegania rzeczywistości, zobaczylibyśmy, że my już jesteśmy doskonali w sensie bycia „pełnym”, bycia jako to-czym-jesteśmy. Niestety nasz sposób organizowania się jako indywidualne jednostki pozbawia nas dostępu do tego przeżycia.

Ukształtowani poprzez wychowanie w rodzinnym domu i następnie poddani edukacji jesteśmy wyćwiczeni do zawężania rzeczywistości. Z czasem zawężamy także postrzeganie siebie. Odbieramy więc siebie tylko w bardzo wąskim zakresie, nie widzimy swojej pełni zarówno na tle rodziny, społeczeństwa, jak i ogólnie ludzkości, nie mówiąc już o poczuciu bezpodmiotowości wszystkiego. Poprzez taki trening wydaje nam się, że jest coś poza nami, coś do czego musimy stale dążyć, coś co nigdy nie doczekuje się zaspokojenia. To coś jest tak enigmatyczne, że nawet sami przed sobą nie potrafimy tego określić. Dlatego też to poczucie braku lokujemy w pracy, związkach, dzieciach, a czasami w swoim rozwoju.

W ten sposób co roku wpadamy w pułapkę planów i postanowień, „ulepszania” siebie i wszystkiego wokół. Czyniąc tak zakładamy, że staniemy się inni – oczywiście lepsi, bardziej zorganizowani, skuteczniejsi, szczęśliwsi i bardziej spełnieni. Nie czuje, że my już tacy jesteśmy, że zawsze tacy byliśmy, jednak działając według mechanizmów, które powodują skupianie się tylko na jednym aspekcie życia lub tylko na nas jako jednostkach, odcinamy te części siebie, nie dostrzegamy, że one są są w nas, są nami, alby my nimi jesteśmy. Nie ma w tym właściwie nic zaskakującego, jest to całkiem naturalne, ponieważ tak po prostu funkcjonujemy jako ludzie.

Działanie mechanizmu zawężania rzeczywistości doskonale widać na przykładzie języka, którym posługujemy się na co dzień. Na przykład, kiedy mówimy „krzesło”, mogłoby wydawać się, że tylko ono istnieje, ale przecież obok jest stół, fotel, sofa, ale my – jako ludzie – jesteśmy tak zorganizowani, że w wąskim odcinku czasu, który także jest jedynie „produktem” naszego myślenia, jesteśmy w stanie postrzegać, myśleć czy doświadczać tylko jednej rzeczy, jednej myśli, jednego uczucia. Tymczasem TERAZ jest wszystko! Wszystko już JEST, co więcej – wszystko jest jednocześnie właśnie TERAZ, tylko w większości nie mamy dostępu do tego doświadczenia.

Jednak świadomość działania tego mechanizmu, zrozumienie go, a jeszcze lepiej- doświadczenie! – bardzo wiele zmienia w naszej organizacji i w podejściu do tzw. rozwoju. Wtedy widzimy, że idea zmiany, postępu, pójścia „ku lepszemu” jest iluzją, że wszystko już JEST, tylko nie zaistniało jeszcze w naszej świadomości, ale JEST. Jest obecne w świadomości, która jest przez większość czasu bardzo zawężona. Tak naprawdę nie ma do czego dążyć, o co zabiegać, bo to już JEST. Trzeba tylko otworzyć się na to doświadczenie, cokolwiek to dla nas teraz znaczy. Być może Nowy Rok warto zacząć właśnie od otwarcia świadomości?

Jeśli nadal jest w Was chęć podjęcia noworocznej decyzji, jeśli czujecie, że tzw. postanowienia są niezbędne do organizowania się, dają swoiste poczucie bezpieczeństwa, to zatrzymajmy się jeszcze na chwilę. Zobaczmy czy to, czego tak bardzo pragniemy (zmiana zawodowa lub osobista, rozwój, konkretne osiągnięcie) już jest, tylko my tego nie dostrzegamy, czy też jest to tylko naszym wymysłem, który nie ma żadnego odbicia w rzeczywistości.

Często tym, co popycha nas w stronę realizacji różnych celów, jest myśl, że uczucia, które towarzyszą tej konkretnej wizji, będą nam towarzyszyły także po jej zrealizowaniu, a osiągnięcie celu będzie gwarancją stałego dostępu do tego uczucia. Tymczasem tak nie jest ani w związku, ani w pracy, ani w biznesie. Może okazać się, że rzeczywistość daje nam szansę na zdobycie pozycji zawodowej, majątku, ale w efekcie to tylko podsyca w nas smutek i poczucie bezsensu życia. Pokazuje nam problem, którym musimy się zająć. Możemy też zobaczyć, że w rzeczywistości takiej-jaka-jest nie ma możliwości na bycie z kimś, kto jest nam bliski i to także jest do przeżycia bez konieczności wypierania uczuć. Musimy więc zatrzymać się w pędzie przez życie i zobaczyć jakie ono JEST, co już w nim JEST. Dopiero wtedy zobaczymy czym są nasze postanowienia i plany, ile w nich iluzji, ale ile potencjału.

Nawiązując tutaj do praktyki zen, widzimy, że jeśli zakładamy, że nasza świadomość działa jak soczewka i skupia się na tym, co lubimy, czego pragniemy, co wytwarza w nas miłe uczucia, to automatycznie programuje nas na działanie w kierunku podtrzymania tych emocji. Wtedy możemy spojrzeć na ćwiczenie zen jak na „nie chceniem niczego” – nie trzymanie się niczego, puszczenie koncepcji, planów i pomysłów jak ma wyglądać nasze życie. Wejście w rzeczywistość z otwartością na wszystko, co ona niesie, daje uczucie i wolności, i pełni jednocześnie. Wtedy pojawia się prawdziwa wolność, przede wszystkim „wolność od chcenia”, a to bywa dla nas kojące.

Otwarta świadomość osiągana dzięki praktyce zen daje nam dostęp do doświadczenia pełni, możliwość poczucia jak to jest, kiedy nie odgradzamy się ani od niczego, ani od nikogo. Pozwala zobaczyć, że dopiero w momencie skupienia świadomości na czymś lub na kimś, pojawia się w nas cierpienie wynikające z braku, bo wtedy automatycznie odgradzamy się od wszystkiego, co już JEST. Wtedy też doświadczymy z czego może wynikać nasze ludzkie dążenie do pieniędzy, pozycji, związku czy ciągłego poprawiania siebie.

W pierwszej chwili zabrzmi to jak paradoks, ale pragnienie czegoś/kogoś i wynikające z tego dążenie ku temu, automatycznie stwarza w nas odczucie braku, pustki. Co jest tego przyczyną? Nasz cały życiowy trening polega właściwe tylko i wyłącznie na tym, aby czegoś chcieć, potrzebować i dążyć do zaspokojenia tych braków, aby określać coś jako moje, twoje, nasze. To wszystko rodzi uczucie wyobcowania, wykluczenia z całości, co w konsekwencji prowadzi do uczucia pustki, niedostatku. W krok za tym idzie potrzeba kompensacji, co popycha nas ku kolejnym poszukiwaniom tego co i tak już jest.

Dostęp do pełni daje nam większą siłę i energię do przeżywania jednostkowych trudnych momentów, które bywają dla nas zwykle sporym wyzwaniem. Poza tym inną jakość zapewnia nam angażowanie się w życie ze świadomością, że wszystko jest zmienne, ale jednocześnie z otwartością na tę nietrwałość. Pozwala także oswoić się z myślą i doświadczyć, że życie jest być może tylko i wyłącznie po to, aby je przeżywać, aby doświadczać go jako całości. Praktyka zen ułatwia nam właśnie takie organizowanie się w codzienności – pod warunkiem, że nie wykorzystamy zen do poprawiania czegokolwiek, tylko podejdziemy jak do ćwiczenia „nie chcenia”. A to bywa wyzwaniem. Dodatkowo wokół stanu czy doświadczenia przebudzenia narosło wiele mitów. Stał się on kolejnym obiektem dążeń, pożądania, czymś wyjątkowym. Przyjęcie, że przebudzenie to „jedynie” stan świadomości krok przed zidentyfikowaniem się z czymkolwiek i kimkolwiek, a jednocześnie stan bycia nieoddzielonym od czegokolwiek i kogokolwiek, może być zaskoczeniem, ponieważ nigdy jako te konkretne jednostki, nie mamy dostępu do takiego przeżycia.

Patrząc z tej perspektyw na ćwiczenie zen widzimy, że polega ono nie na kolejnym wytwarzaniu planów i realizacji celów, czyli dążeniu do czegoś, ale właśnie na zaryzkowaniu nie robienia tego, czyli na nie dążeniu do czegokolwiek. W praktyce zen – a być może także w życiu? – chodzi o przeżywanie na bieżąco, chwila po chwili, tego-co-jest przy pełnej świadomości i akceptacji wszystkiego, co się w nas pojawia, bez chęci wykluczania czegokolwiek, ani – co bywa trudniejsze! – chęci zatrzymania czegokolwiek.

Podsumowując:

życzę nam wszystkim w tym nadchodzącym Nowym Roku, abyśmy – jak w powyższym cytacie – jak najczęściej „opuszczali dom” bez zastanawiania się na czym to polega, jak to zrobić, nazwać, wyrazić, abyśmy nie szukali uzasadnień dla tego.

Po prostu zróbmy to.

TERAZ.

🙂

Komentarze dla Noworoczne postanowienia a natura rzeczywistości

  1. Pako napisał(a):

    Nie ma żadnego nadchodzącego nowego roku. Nie da się opuścić domu, bo nie ma domu, ani tego kto miałby opuszczać. Jest tylko i aż to! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *